Przyjezdni było: (PRZEPROWADZIC SI E CZY NIE) - DŁUGIE !!

Przyjezdni było: (PRZEPROWADZIC SI E CZY NIE) - DŁUGIE !!


Oglądasz wersję archiwalną tematu "Przyjezdni było: (PRZEPROWADZIC SI E CZY NIE) - DŁUGIE !!" z forum pl.regionalne.warszawa




Mariusz Szymczak
9 Sie 2000, 03:00

-----Oryginalna wiadomość-----

Wysłano: 09 sierpnia 2000 10:26

Temat: Re: Przyjezdni było: (PRZEPROWADZIC SIE CZY NIE)

| czy nie jest tak dlatego ze warszawiacy wiedza ile kosztuje zycie w
| warszawie i maja te swiadomosc w czasie negocjacji pensji....

Tzn. co tu tak drogo kosztuje, drożej niż gdzie indziej?
Kartofle w sklepie?
Prąd w gniazdku? Bilet miesięczny? Czynsz za mieszkanie? Woda
w kranie? Nie
wiem jak ceny biletów miesięcznych w innych miastach, ale
pozostałe rzeczy,
które wymieniłem, kosztują wszędzie mniej więcej tyle samo, a nawet w
Warszawie można często kupić coś taniej, bo jest więcej
sklepów, gdzieś na
wsi masz jeden i nie masz wyboru, jak chleb jest tam drogi
(albo zawsze
nieświeży), to tak jest i koniec, nie pójdziesz do innego
sklepu. Proszę nie
opowiadać bredni o jakichś strasznych kosztach życia w
Warszawie.



Usługi - wszelkiego rodzaju od hydraulika po naprawę samochodu są co
najmniej kilkakrotnie droższe niż w całym kraju, a znalezienie dobrego
fachowca graniczy z cudem, bo każdy chce jak najmniejszym kosztem odwalić
chałturę.  

Służba zdrowia - chodzenie do lekarza publicznego w Warszawie nie ma sensu
ze względu na totalne kolejki (które nie występują w takim stopniu w
mniejszych miastach) oraz niski poziom zainteresowania pacjentem. Musisz
więc bulić na lekarzy prywatnych, którzy są dużo drożsi w Warszawie.

Mieszkanie - kupno, czynsz albo wynajmowanie - bez komentarza.

Chyba, że
ktoś w to wlicza regularne wieczory w lokalu gastronomicznym
z wyszynkiem
(zwanym po warszawsku "pabem"),



A co nie chodzisz nigdy do "pabu". Wolisz kupić browarek za 2 PLN i obalić w
domku bo taniej? Słyszałeś kiedyś o życiu kulturalnym, czy wolisz swój
ukochany telewizorek?

albo koszt zakupu i
utrzymania niskiego,
czerwonego samochodu, z którego dobrze jest zwiesić ramię przez okno i
włączyć głośne "umc-umc", to co innego, wtedy rzeczywiście
wychodzi drogo.



Posiadanie samochodu w dużym mieście jest często koniecznością. Pytanie: ile
czasu zabiera dojazd pociągiem osobowym np. z małej miejscowości do pracy w
większym mieście oddalonym o 20 km? Maksymalnie 20 - 30 min. A ile czasu
zabierze przejechanie tej samej odległości w Warszawie komunikacją miejską?
Odpowiedź - zazwyczaj grubo ponad godzinę. A nikt nie chce spędzać życia
tyko w pracy lub w drodze do niej.

M.


Renata Gołębiowska
13 Sie 2000, 03:00

Służba zdrowia - chodzenie do lekarza publicznego w Warszawie nie ma sensu
ze względu na totalne kolejki (które nie występują w takim stopniu w
mniejszych miastach) oraz niski poziom zainteresowania pacjentem. Musisz
więc bulić na lekarzy prywatnych, którzy są dużo drożsi w Warszawie.



A mieswzkałeś w małym mieście? Bo ja mieszkałam przez 25 lat i kolejki
pamiętam super totalne (żeby zarejestrować się do laryngologa
trzeba było stać od 3 w nocy). Przypuszczam, że było to spowodowane
tym, że w 18 tys. mieście była jedna przychodnia do której
przychodziło te 18 tys. plus wszystkie okoliczne wsie i wioski, które
przychodni przecież nie miały. To jedno, ale jest jeszcze drugi
problem. Jeśli coś komuś naprawdę dolegało, poważniej był chory, to
zwykle jeździł do Warszawy lub Lodzi (najbliższe duże miasta) i tam
szukał specjalistów po spółdzielniach oczywiście za te same pieniądze,
które płacili warszawiacy plus koszty dojazdów. Piszę w czasie
przeszłym, bo nie wiem jak wszystko działa tam teraz po reformie.

A co nie chodzisz nigdy do "pabu".



Niesposób uwierzyc, nie?

Wolisz kupić browarek za 2 PLN i obalić w

domku bo taniej? Słyszałeś kiedyś o życiu kulturalnym, czy wolisz
swój
ukochany telewizorek?



A nie przyszło Ci do głowy, że ktoś w ogóle może nie chcieć "obalać
browarka"? Taki ktoś to dopiero musi być oszołom! A to życie
kulturalne to znaczy właśnie browarek, tak? Bo ja mam nieco inną
definicję "życia kulturalnego".

Renata

ciuSma
14 Sie 2000, 03:00

A nie przyszło Ci do głowy, że ktoś w ogóle może nie chcieć "obalać
browarka"? Taki ktoś to dopiero musi być oszołom! A to życie
kulturalne to znaczy właśnie browarek, tak? Bo ja mam nieco inną
definicję "życia kulturalnego".



Ja to odebralem to zupelnie inaczej. A to ze ten przyklad byl nie trafny w
Twoim przypadku to mozna zrozumiec. Jednak nie jestem w stanie zrozumiec ze
zamiast chodzić do kawiarni, restauracji, kina, dyskoteki, teatru itp (to
jest to wlasciwe zycie kulturalne) siedzisz caly czas przed telewizorem.
Przeciez to wszystko jest tu duzo drozsze.

Renata Gołębiowska
14 Sie 2000, 03:00


| A nie przyszło Ci do głowy, że ktoś w ogóle może nie chcieć "obalać
| browarka"? Taki ktoś to dopiero musi być oszołom! A to życie
| kulturalne to znaczy właśnie browarek, tak? Bo ja mam nieco inną
| definicję "życia kulturalnego".

Ja to odebralem to zupelnie inaczej. A to ze ten przyklad byl nie trafny w
Twoim przypadku to mozna zrozumiec. Jednak nie jestem w stanie zrozumiec ze
zamiast chodzić do kawiarni, restauracji, kina, dyskoteki, teatru itp (to
jest to wlasciwe zycie kulturalne) siedzisz caly czas przed telewizorem.
Przeciez to wszystko jest tu duzo drozsze.




Z wymienionych przez Ciebie przybytków chadzam do kina i próbuję do
teatru. Próbuję (czasem z powodzeniem), bo seanse zaczynają się późno
i w związku z tym kończą jeszcze później, że muszę skalkulować czy
opłaca się narażać zdrowie lub życie wracając późno ulicami stolicy
dla sztuki.

A teraz opiszę coś, co wywołało u mnie paskudne i ogromne uczucie
zazdrości i stało się przyczyną jeszcze ostrzejszych sądów o
Warszawie. Tydzień temu wylądowaliśmy z mężem na lotnisku Tegel w
Berlinie. Była sobota, po 23.00 bagaże mieliśmy już załadowane na
rowery i bezradnie staliśmy i staraliśmy się zdecydować, co teraz robić.
Musieliśmy dojechać do dworca Ostbanhof, ale tu noc ciemna, a przed
nami prawie 3 godziny jazdy. Mieliśmy do wyboru koczować na lotnisku
do jakiejś przyzwoitej godziny lub ruszać na dworzec. Ja bałam się
jechać: ciemno, późno (i będzie coraz później), obce miasto pełne
pewnie ichniejszych dresów (może skinów, może Turków, może po prostu
bandziorów i chuliganów?), nieznane, obce wielkie miasto. Jednak
ruszyliśmy i zaczęło się; wszystko, co widziałam począwszy niemal
od samego lotniska, aż do dworca wprawiało mnie w coraz większe
zdziwienie, zachwyt i potworną zazdrość: dlaczego nie u nas? Tuż za
lotniskiem zaczęła się ścieżka rowerowa, którą z małymi przerwami
dotarliśmy do samego dworca (ścieżka oczywiście dwupasmowa - po dwóch
stronach jezdni, ze znakami poziomymi, wyraźnie oddzielona od chodnika
i jezdni, asfalt lub prosto ułożona kostka, bez dziur i odstępów -
jednym słowem - cudo). To po pierwsze. Po drugie - często
zatrzymywaliśmy się, by spojrzeć na mapę, w jakiejś małej uliczce
zatrzymał się przy nas samochód. Niepokój, nagły strach. I ulga i
kolejna fala zazdrości: kierowca zatrzymał się, by nam pomóc znaleźć
drogę. Okazało się, że i mnie i mężowi nasunął się taki sam komentarz:
gdyby w Warszawie, jakiś samochód zatrzymałby się koło nas o północy,
uciekalibyśmy co sił w nogach zlani potem. Kolejna rzecz - już była 1
w nocy, a w mieście tłumy ludzi (naprawdę TŁUMY), w ogródkach przy
kawiarniach i restauracjach, wracający skądś, idący dokądś lub po
prostu spacerujący nad rzeką, nad kanałami. I to jeszcze nie wszystko
- oprócz samochodów i pieszych spotkaliśmy kilkudziesięciu rowerzystów
(przypominam jechaliśmy między 23 a 2 w nocy); żałuję, że nie liczyłam
dokładnie ilu, ale na pewno mniej ich się spotka jadąc w dzień po
Warszawie. I to wciąż jeszcze nie wszystko - na ulicach pełno stojaków
na rowery z mnóstwem rowerów przypiętych cienkimi linkami i nikt się
przy nich nie czai z wielkimi nożycami (w Warszawie, gdy jedziemy na
zakupy, to rower zostawiamy przypięty do stojaka kłódką i linką,
zabieramy ze sobą siodełka i liczniki). Niestety, to jeszcze nie
koniec - po drodze spotkaliśmy kilka patroli policyjnych, pieszych
(!), a nie przemykających gdzieś w radiowozie. I jeszcze coś - za
chwilę mieliśmy wjeżdżać do Berlina Wschodniego i znów pojawił się
niepokój - tu dopiero się zacznie. I znów ulga i zazdrość. Wszystko
było tak samo, poza tym, że musieliśmy kluczyć, aby ominąć wielki plac
budowy. Aby to zrobić okazało się, że musieliśmy przejechać przez
słabo oświetlony park. Znowu niepokój, ale jedynym problemem okazała
się konieczność jazdy w ciemnościach po nieznanym podłożu.
I jeszcze na koniec coś, co nie dotyczy bezpośrednio porównania dwóch
stolic, ale w jakiś sposób się z tym łączy. W Berlinie znaleźliśmy się
po miesiącu niezwykłych wakacji w dalekim kraju. Od miesiąca nie
widzieliśmy NIKOGO pijanego, ŻADNEGO lumpa, dresa lub bandziora,
przejechaliśmy pół Berlina i w dalszym ciągu nic, wysiadamy na dworcu
w Frankfurcie i znów niepokój: stoi dwóch, jeden w miarę normalny, ale
drugi buja się, a z wykrzywionej i czerwonej mordy dobywa się bełkot.
Stoją pod mapą przy dworcu, do której i my musimy podejść, żeby
wiedzieć, jak dotrzeć do przejścia granicznego. Ostrożnie podchodzimy
i co się okazuje...?  A może mały konkurs bez nagród dla uczestników
listy?
To wszystko widziałam zaledwie tydzień temu i nadal zżera mnie zadrość
i dlatego również oceniam Warszawę tak nisko.

Renata


Marcin Jagodzinski
15 Sie 2000, 03:00


A co nie chodzisz nigdy do "pabu". Wolisz kupić browarek za 2 PLN i obalić w
domku bo taniej? Słyszałeś kiedyś o życiu kulturalnym, czy wolisz swój
ukochany telewizorek?



No... pub to rzeczywiście najwyższa forma życia kulturalnego. A już
browarek za 8 zł -- szczyt kultury.
Aleksy Kordiukiewicz
15 Sie 2000, 03:00

...Od miesiąca nie
widzieliśmy NIKOGO pijanego, ŻADNEGO lumpa, dresa lub bandziora,
przejechaliśmy pół Berlina i w dalszym ciągu nic, wysiadamy na dworcu
w Frankfurcie i znów niepokój: stoi dwóch, jeden w miarę normalny, ale
drugi buja się, a z wykrzywionej i czerwonej mordy dobywa się bełkot.
Stoją pod mapą przy dworcu, do której i my musimy podejść, żeby
wiedzieć, jak dotrzeć do przejścia granicznego. Ostrożnie podchodzimy
i co się okazuje...?  A może mały konkurs bez nagród dla uczestników
listy?



Bełkotał po polsku?

Kiedyś podobne wrażenia odniosłem w Monachium.
Pełno ludzi w restauracjach, pełno spaceruje po mieście w nocy,
ale zero pijaków,  i w ogóle przyjemnie...

Pozdrowienia

Ryszard Rączkowski
15 Sie 2000, 03:00

No... pub to rzeczywiście najwyższa forma życia kulturalnego. A już
browarek za 8 zł -- szczyt kultury.



Ja wyznaję wyższość wina "Sen Sołtysa" pitego wieczorem na ławce w parku ;-)))

Rico.

Kaja
15 Sie 2000, 03:00

Z wymienionych przez Ciebie przybytków chadzam do kina i próbuję do
teatru. Próbuję (czasem z powodzeniem), bo seanse zaczynają się późno
i w związku z tym kończą jeszcze później, że muszę skalkulować czy
opłaca się narażać zdrowie lub życie wracając późno ulicami stolicy
dla sztuki.



Trzeba sobie zamawiać taksowkę....tak dla wygody i komfortu psychicznego,

 I to wciąż jeszcze nie wszystko - na ulicach pełno stojaków
na rowery z mnóstwem rowerów przypiętych cienkimi linkami i nikt się
przy nich nie czai z wielkimi nożycami (w Warszawie, gdy jedziemy na
zakupy, to rower zostawiamy przypięty do stojaka kłódką i linką,
zabieramy ze sobą siodełka i liczniki).



Niestety!..W Polsce bieda , wiele żuli pozałatwiało sobie na lewo renty, żeby
nie pracować i mieć na wódkę i nawet im na to nie starcza, więc łaszczą się na
wszystko co cudze...Gdyby "nasz" rząd nie doprowadził do takiej paranoi, biedy,
gdyby był przymus pracy ( tak jak kiedyś)  to i u nas by tego nie było...Żeby
ukraść mój rower złodziej  otworzył jedne drzwi na korytarzu potem wyłamał łomem
nową kratę  i odciął linkę od kaloryfera...Widzisz, jak się musial napracować,
żeby ukraść głupi rower?

To wszystko widziałam zaledwie tydzień temu i nadal zżera mnie zadrość
i dlatego również oceniam Warszawę tak nisko.



Nie oceniaj Warszawy tak nisko!...Oceniaj  nisko nasz pomroczny rząd, który do
tego doprowadził sam się bogacąc!...Boże spuść bombę na nich!
W moim bloku i na moim osiedlu a zarazem pod sklepem spożywczym jest teraz o
jednego starego pijaczka i bandziora mniej....Moczył się przez pięć dni w wannie
i ja nawet nie czułam trupa...Ten typ mieszkał  "pode mną"...brrrr

Kaja

Renata Gołębiowska
16 Sie 2000, 03:00


....Od miesiąca nie
| widzieliśmy NIKOGO pijanego, ŻADNEGO lumpa, dresa lub bandziora,
| przejechaliśmy pół Berlina i w dalszym ciągu nic, wysiadamy na dworcu
| w Frankfurcie i znów niepokój: stoi dwóch, jeden w miarę normalny, ale
| drugi buja się, a z wykrzywionej i czerwonej mordy dobywa się bełkot.
| Stoją pod mapą przy dworcu, do której i my musimy podejść, żeby
| wiedzieć, jak dotrzeć do przejścia granicznego. Ostrożnie podchodzimy
| i co się okazuje...?  A może mały konkurs bez nagród dla uczestników
| listy?

Bełkotał po polsku?



Niestety masz rację i z prawdziwą przykrością muszę przyznać, że
rozwiązanie było zbyt oczywiste.

Renata

Bilard (wiem, wiem, bylo)
szkodliwość pola elektromagnetycznego( było słup WN)
Ruch wzbudzony bylo Metro a obwodnice
Nie bylo? Uruchomiono komunikacje miejska na Wlodarzewskiej.
Kablówka, Internet i ...... (było: PTK II)
Bilard w Warszawie (bylo, ale...)
Oświadczyny - jak to było u Was?:)
  • mapy doBattlefield 2
  • krotkie pytanie jakosc muzyki
  • gra san andreas mody
  • grono rejestracja
  • skad pobrac bluemanager
  • wysokoB6E6 odpisu na zakB3adowy fundusz socjalny
  • www polifonia
  • wynalazczosc prawo pracy
  • psia karma lepsza
  • Zestaw wiadomości z grup dyskusyjnych @@ Start